„Harcerstwo to grupa przyjaciół, która nie pozwoli Ci się na długo zagubić pośród trudów codzienności” – czyli harcerska droga phm. Małgorzaty Popadiuk HR.

 Jaka zaczęła się Twoja harcerska przygoda?

Od dziecka chciałam być harcerką, ponieważ moja Mama nią była i często opowiadała mi o swoich przygodach i wędrówkach z tamtych czasów. Te historie ogromnie mi się podobały i kiedy tylko zauważyłam harcerki na osiedlu, zaraz zapytałam, czy mogę dołączyć do drużyny. To było pod koniec czwartej klasy. One zapytały mnie, ile mam lat i zaprosiły na zbiórkę gromady Wesołych Kamyczków w najbliższą sobotę. Poszłam tam z bratem i koleżanką z klasy.

Zupełnie nie pamiętam, co się działo na tej zbiórce, ale musiało być super, bo na kolejną Mama sprawiła nam obojgu już zuchowe mundurki. Byłam ze swojego bardzo dumna. No i tak zaczęła się moja harcerska przygoda – kolonie zuchowe, Obietnica, potem przekazanie do 59 ŁDH-ek…
Kiedy poczułaś prawdziwego ducha harcerskiego?

Myślę, że podczas pierwszego obozu, to było w Charzykowach w 1996 roku. Najbardziej utkwił mi w pamięci bieg na ochotniczkę oraz bieg biszkopta, podczas którego zostałyśmy wszystkie mianowane leśnymi ludźmi. Pamiętam, że bardzo bałyśmy się, czy zasłużymy na to miano, ale w końcu wszystkim się udało.
Jakie wyzwania postawiły przed Tobą kolejne funkcje?

Największym było chyba przełamanie nieśmiałości. Nigdy nie byłam śmiałą osobą, czy to na lekcjach, czy w zastępie. A tymczasem trzeba było wypowiedzieć swoje zdanie na Radzie Drużyny, zgłosić pomysł, potem opowiedzieć gawędę czy przeczytać rozkaz na apelu. To były dla mnie naprawdę trudne rzeczy, właśnie dlatego, że nie byłam przyzwyczajona i nie lubiłam stawać przed grupą osób i wypowiadać się. Może nie byłam przekonana, że to co powiem, ma sens i wartość? Po jakimś czasie, wcale nie krótkim, przełamałam się wreszcie. Pamiętam, jak kiedyś jedna z harcerek, po kominku na obozie, powiedziała mi: „Wiesz co najbardziej lubię? Jak sobie tak wszystkie wieczorem siadamy i ty coś nam opowiadasz. Bo naprawdę ładnie to robisz.” Te słowa bardzo mnie podbudowały i pomyślałam sobie, że muszę się jeszcze bardziej starać, bo warto.


Czego najbardziej bałaś się mając kolejne funkcje i stopnie?

Każdy ma obawy, że nie sprosta zadaniu. Ja zawsze miałam świadomość, że moja praca na danej funkcji jest przejściowa i bardzo ważne było dla mnie, by zostawić drużynę, potem hufiec i Szkołę Instruktorek w dobrych rękach, w choć trochę lepszym stanie niż zastałam. Na początku prowadzenia drużyny Mama powiedziała mi, że naprawdę silne osobowości nie obawiają się konkurencji, tylko właśnie szukają talentów i cieszą się z sukcesów innych. Wzięłam sobie to do serca bardzo mocno i starałam się stawiać na moje przyboczne, na instruktorki w hufcu. Nie wiem, czy one to tak odbierały, ale dziś jestem pewna, że Magda i Maja były co najmniej trzy razy lepszą drużynową 59 i hufcową „Róży” niż ja. I o to chodziło.
Czy miałaś momenty zwątpienia, kiedy chciałaś odejść, zrezygnować?

Pewnie że tak. To taka naturalna reakcja na sytuacje, kiedy coś się nie udaje, wtedy mamy ochotę uciec jak najdalej. Czasem miałam wrażenie, że harcerstwo mi przeszkadza w realizacji ważnych życiowych celów. Pamiętam, jak bardzo trudno było mi doprowadzić do końca sprawę egzaminu na prawo jazdy – zawsze było cos ważniejszego czy pilniejszego, najczęściej odprawa, obóz itd. Trudno było porządnie przyłożyć się do studiów. Hierarchia wartości kazała stawiać na szczycie rodzinę, potem studia i dopiero ZHR. Były takie momenty, że dlatego bardzo chciałam już przekazać drużynę, a nie było komu. Tylko z poczucia obowiązku przykładałam się do pracy. Potem sytuacja oczywiście się wyjaśniała, udawało się nawiązać współpracę i jak zawsze robiło się dobrze.Podobnie było gdy prowadziłam hufiec. Trudności się zdarzają.

Kiedy myślałam sobie, że najwyższy czas już odejść z harcerstwa, zadawałam sobie pytanie: no i co wtedy mi zostanie, z jakiego powodu chcę zrezygnować z prawdziwie dobrych rzeczy? Harcerstwo wniosło do mojego życia ogromnie dużo, dość powiedzieć, że – poza rodziną – to właśnie tu spotkałam ludzi, na których naprawdę można liczyć. I to, że jest jeszcze tyle do zrobienia, że nie można się zatrzymać – to nadaje życiu tempa i znaczenia, jest ono pełne przygód, a człowiek czuje się potrzebny. Dzięki harcerkom właśnie zbliżyłam się także do Pana Boga i Kościoła, za co jestem bardzo wdzięczna, dlatego też koniec końców zawsze trzymałam się harcerstwa. To grupa przyjaciół, która nie pozwoli Ci się na długo zagubić pośród trudów codzienności. Warto tu być i przechować wartości oraz ten styl życia dla naszych dzieci. Czyli że musimy to zrobić myJ
Jakie czerpałaś radości i korzyści z kolejnych funkcji?

Oj, było ich dużo. Przede wszystkim przyjaźń, grono ludzi, w którym byłam akceptowana i potrzebna. Możliwość sprawdzenia się w różnych rolach, od organizacji biwaków, obozów, po wymyślanie naprawdę fajnych gier, a nawet imprez dla całego miasta czy parafii, jak chociażby Łódzkie Dni Rodziny czy inne uroczystości i święta. Między 18 a 25 rokiem życia zdobyłam niemałe doświadczenie we wszelkiego typu pracach i brałam udział w mnóstwie wydarzeń. Zwiedziłam wiele miejsc, współpracowałam z fantastycznymi ludźmi, nauczyłam się grać na gitarze, budowałam obozy (łącznie ze stawianiem pieca i wkopaniem pompy), załatwiałam sprawy w urzędach, gotowałam nawet dla 100 osób, kierowałam zespołem ludzi jako komendantka obozu – zresztą wszystkie doskonale wiecie. Na pewno nabrałam pewności siebie i wiem, że nowe wyzwania są możliwością rozwoju, a nie utrudnieniami. W chwilach kryzysu jest się czego uczepić: „zaraz, przecież ja prowadziłam obóz trzech środowisk, czemu teraz miałabym nie dogadać się z tą straszną księgową?”.

Większość młodych ludzi w Polsce nie ma możliwości aż tak owocnie przeżyć młodości, na szczęście my mamy J

 

Jak wyglądał hufiec Róża podczas Twojej kadencji jako hufcowej?

Czas prowadzenia hufca był naprawdę bardzo trudnym czasem na tzw. płaszczyźnie rodzinnej. Na całe szczęście drużyny prowadziły same fantastyczne drużynowe – instruktorki, były one bardzo samodzielne. Pewnie trochę dlatego, że musiały być, bo ja nie mogłam czy nie umiałam lepiej się wywiązywać ze swojej roli.

Podczas mojej kadencji powstało środowisko w Rogowie, a 18 ŁDH-ek rozkwitła i zaczęła zdobywać proporzec. Gromady stały się silniejsze i był nawet taki moment, że wszystkie drużynowe były instruktorkami. Wypracowałyśmy też system rotacyjny w prowadzeniu kursów zastępowych, które były już wtedy organizowane głównie dla naszych druhen, bez konieczności łączenia się z innym hufcem. To pokazuje, że drużyny były liczne i silne.

Podczas mojej kadencji Maja z Magdą i Moniką rozpoczęły na nowo prace Różanej Chatki, która nadała klimat i kierunek całemu hufcowi, to one tak naprawdę zbudowały hufiec na nowo.
Gdybyś miała możliwość cofnięcia czasu to czy zmieniłabyś coś w hufcu jako hufcowa?

Myślę, że postarałabym się o więcej imprez integracyjnych dla całego hufca i warsztatów dla zastępowych. Wtedy wydawało mi się, że za dużo dzieje się w chorągwi, że za dużo jest zlotów i imprez całego ZHR, że trzeba dać drużynom popracować, bo przecież to, co najlepsze dla harcerki czy zucha, dzieje się w drużynach. Ale teraz myślę, że jednostki hufca i drużynowe wówczas potrzebowały spotkań i wspólnych działań.
Jak oceniasz funkcjonowanie hufca w dniu dzisiejszym?

Szczerze mówiąc, to nie za bardzo wiem. Ostatnio widziałam hufiec na obchodach XX-lecia, czyli już ponad 1,5 roku temu, lecz klasa, jaką pokazały instruktorki, drużyny, poziom tej imprezy i jej rozmach zrobiły na mnie ogromne wrażenie, zwłaszcza że nie była to tylko weekendowa akcja, ale wielomiesięczne przygotowanie i praca zastępów, drużyn, no i instruktorek. To było fantastyczne i poczułam się dumna, że też kiedyś byłam hufcową tego hufca.

Ze względu na to, że obecnie mieszkam w Poznaniu, śledzę działalność hufca tylko przez Internet, ale nie mam wątpliwości, że idzie on w dobrym kierunku i że fajnie jest być zuchem czy harcerką w „Róży”.
Jakie są Twoje plany dotyczące dalszej działalności w ZHR?

Cóż, myślę że trzeba je będzie związać z Wielkopolską Chorągwią Harcerek. Pomagam tu trochę w Szkole Instruktorek. A co będzie dalej? Na razie nie wiem. Na pewno jednak nie zrezygnuję z działalności w ZHR.

 

Wywiad z Gosią przeprowadziła
przyboczna 59ŁDH-ek
sam. Natalia Czerniachowska